środa, 9 września 2015

My Way



Mój zakątek na Łazarskim rejonie.

Mieszkam w Poznaniu, choć nie jestem rodowitą poznanianką. Mieszkam tutaj od około trzech lat, które przewróciły moje życie, co najmniej kilka razy do góry nogami i odwrotnie. Poznań był dla mnie odskocznią od zakończonego wieloletniego „życia” w niewielkiej miejscowości. Decyzja o przeprowadzce została podjęta z dnia na dzień a w zasadzie z godziny na godzinę 10:00 rano, kiedy siedziałam za moim zacnym biureczkiem w dziale uwielbianej przeze mnie windykacji. Ku zaskoczeniu taty i stanie przedzawałowym mamy jakoś to przeżyli a mój tatko z moją wyprowadzką pogodził się dopiero jakiś rok temu (chyba bardzo tęsknił, bo przy każdej rozmowie pytał „No Nina, kiedy wrócisz do domu?”) Kochany tatko!
Poznań, miasto doznań. 

Poznań wiąże się z wieloma chwilami, emocjami, doświadczeniami i zmianami. Poznałam siebie i moich przyjaciół, którzy okazali się najlepszymi ludźmi na świecie. Wiele poznanych osób, wiele
chwilowych zauroczeń, spędzonych godzin na murach Poznania lub zakątkach starego miasta. Ogrody, Rataje, Półwiejska, jeden dom, sześć pokoi, sześć osób, sześć charakterów, genialnych znajomych, niezapomnianych godzin w kuchni i jazdy krzesłem po korytarzu. Najważniejszy etap mojej wędrówki. Dziękuję Wam za to!

Mój dom

Timon i Pumba mawiali „tam Twój dom gdzie Twój zadek.” Racja, ale do tego dorzucę kota. Mój dom jest gdzie kot mój. Mały, choć już nie koniecznie (7kg) Nucek z szatańskim charakterem, ale szczerze przeze mnie kochany i rozpieszczany. Podczas mojej trzyletniej wędrówki przeprowadzałam się średnio raz na pół roku (marzenie z dzieciństwa mieszkać w wielu miejscach i miłość do przeprowadzek) Jednak zadomowiłam się na Łazarzu. To jest mój dom.

Na Łazarskim rejonie.

Znana i uznana gwiazda poznańskiej sceny muzycznej powiedział „Na łazarskim rejonie nie jest kolorowo” Bonus BGC.  Dla mnie Łazarz to najładniejsza dzielnica w Poznaniu. Tutaj znalazłam spokój taki w środku głęboko, który był zawsze powierzchownie przykrywany kołderką ściemy, aby wstawać rano z wyra. Tak brakowało mi go od wielu lat. Zapewne ma to związek w wreszcie upragnioną stabilizacją emocjonalno-ekonomiczną. Ja, S., kot, balkon. Niczego do szczęścia nie potrzebuję.
            Poznań, mój dom, wiele łez jeszcze więcej radości. Wędrówka z wieloma upadkami, z których podnoszę się teraz, warta swojej ceny inaczej nie wiedziałabym, kim jestem i kim chcę być.
Ja, S., kot.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz