Temat
jakże banalny, ale za każdym razem potrafi nas wyprowadzić z równowagi poznając
coraz to dalsze granice wściekłości, cierpliwości i ilości wypitego napoju z
bajerkami.
Otóż
każde oczekiwanie niesie ze sobą potencjalny zawód lub rozczarowanie. Zestaw
klasyczny, zawsze w modzie niczym mała czarna Coco Chanel. Nie da się tego rozerwać,
jeżeli oczekiwanie jest położone w drugiej osobie lub są w jej rękach.
Umiesz
liczyć licz na siebie!
Powiedzenie
stare, ale jare, choć nie da się przeżyć całego życia będą samowystarczalnym,
to po prostu nierealne. Szczerze to szalenie mało rzeczy zależy tylko i wyłącznie
od nas. Jakby się zastanowić prawie każde nasze poczynanie ma jakąś determinantę,
która jest zależna od danej sytuacji, której twórcą nie koniecznie jestem
ja/Ty.
Żyjemy
w społeczeństwie o ściśle określonej strukturze i hierarchii. Kiedy jest się
tym z środkowego rzędu tak jak większość z nas to nasze być/nie być jest często
zależne od tych wyżej. Nasza pozycja, dzień, sytuacja często leży w rękach
innych osób. Myśl strasznie smutna, której nikt nie lubi, w końcu każdy chce
być kowalem własnego losu, ale tutaj psikus
możemy być, co najwyżej pomocnikiem
kowala. Musimy przyznać, że często nasz los leży nie w naszych rękach. Czasami
są to ręce „Pani w recepcji” czasami osoby przyznającej świadczenia czy innej
wyroczni mającej chwilową przewagę. To rodzi frustrację, dlatego staramy się o
tym nie myśleć. Ja również tego nie robię, bo po co mam się irytować moją
pozycją i czasami niemocą na przebieg pewnych spraw. Od czasu do czasu przelewa
się jednak czara goryczy i odczuwamy zawód, wściekłość, rozczarowanie i naszą ukochaną
niemoc. Sama nie wiem, które z tych stanów jest najgorsze.
Mam
ochotę krzyczeć.
Tak.
Jak każdy z nas, kiedy wiemy, że decyzja kogoś wyżej jest cholernie niesprawiedliwa
a dotkliwa dla nas. Czasami jest tak, że coś nam się należy, przysługuje tak po
prostu. Na mocy prawa, wewnętrznych społecznych regulacji. Tak…, ale jeden
mocny stwierdzi NIE! Bo jest wyżej i zabawi się w pana i władcę. Decyduje o
naszych losach jak Pan Bóg z za koronkowej chmurki. Z natury jestem społecznikiem, praktycznie
też. Z zasady staram się patrzeć na sytuację oczami „tej drugiej strony”, (co
irytuje do białości moją koleżankę z pracy). Staram się usprawiedliwiać
poczynania ludzi i nie nosić do nich urazy, bo niczego to nie zmieni a tylko
psuje mój wewnętrzny spokój. Ponoć to
czyni nas człowiekiem (sama nie wiem skąd takie „mądrości”)
Wiecie,
co… Tak, krzyczę, bo moja czara goryczy się dzisiaj przelała jak wielu osób
obok nas, którzy chcą wykrzyczeć to samo. Post na zasadzie Katharsis.
Czasami lepiej odreagować mocno, ale szybko i wrócić do naszego upragnionego wewnętrznego spokoju. Głową muru nie przebijemy a kolejne guzy nie są nam potrzebne. Lepszym wyborem jest City and Colour - Little Hell (płyta, polecam) napój z bajerkami i chwila spokoju.
Cierpienie uszlachetnia… czyżby?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz