sobota, 12 września 2015

Scenariusze.





Najtrudniejszy scenariusz życia?
Człowiek ma taki zabawny automat, który polega na wymyślaniu alternatywnych scenariuszy do sytuacji, która już przeminęła. Zastanawiamy się, co byłoby gdybyśmy zrobili tak a nie inaczej i jakby się sytuacja potoczyła. Najczęściej są to idealistyczne wyobrażenia chwili, która biegnie idealnie po naszej myśli. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale przyjmuję ten fakt na klatę i przyznaję, że czasami lubię sobie wyobrażać, co by było gdyby.
Historia krótka.
Każdy z nas miał swoją pierwszą miłość, która była wielka, ekscytująca, emocjonująca, motylki w brzuchu, różowe okulary te sprawy. Pierwsze nieprzespane noce, pocałunki, chodzenie za rękę i przedstawienie rodzicom „mojego chłopaka”, bo wcześniej to koledzy tacy byli. Wszystko było takie pierwsze, takie wielkie i wspaniałe. Latało się nad ziemią w skowronkach niczym muszki owocówki nad gruszkami. Snuło się wspaniałe myśli o wspaniałej przyszłości tej dalszej i bliższej. Tą miłość pamięta się ponoć do końca życia – nie wiem zobaczymy, jeszcze mi trochę lat zostało.
Przemijanie.
Kiedyś mi ktoś powiedział całkiem nawet mądre zdanie „pierwsza miłość jest po to
by się zjebała i skopała nam tyłek” Przyznaję rację, wiele się nauczyłam z końcem pierwszej miłości tym bardziej, że dość nagle ona przyszła. (Dziękuję tatku, który rano na drugi dzień przyniósł śniadanie do pokoju i nie pytał o nic). Wtedy wiłam scenariusze nasze ukochane, które w takich sytuacjach dają nam otuchy i nadziei, że za chwilę to się znów jakoś poukłada a on zrozumie swój błąd…
Zrozumiał.
Dokładnie po jakiś pięciu latach po rozstaniu. Powiedział mi o tym w najmniej odpowiednim momencie mojego życia. Kiedy już wszystko było takie piękne i poukładane. Kiedy miałam człowieka, z którym pozornie chciałam spędzić życie i kota w planach.
Zrozumiał, co stracił, że to wszystko cały czas gdzieś w przestrzeni żyło i czekało. Scenariusz jak z moich wyobraźni tylko happy end nie z tej bajki.
Dzisiaj
Dzisiaj nie mamy kontaktu, choć i chyba lepiej. Ja mam swojego S. i kota! Przyznaję, że jestem najszczęśliwsza na świecie, bo jak głupiej ze świecą mi się trafiło. (Jemu zresztą też, aco!) Ale nie snuje już swoich wyobrażeń.
Sedno.
Czasami pragniemy czegoś tak bardzo, że się nam to przytrafia, ale nie zawsze się to tak kończy jakbyśmy chcieli. Nauczyłam się, że nie warto zbyt się przywiązywać do tego, co mamy i nie warto przywiązywać się do myśli o świetlanej przyszłości, która kiedyś w nas trzaśnie jak grom z jasnego nieba.  Zauważajmy to, co mamy dzisiaj, tutaj i teraz. Kogo mamy obok i kto z nami zostaje. Cieszmy się z małych rzeczy, bo to one dają nam codzienny uśmiech i wysokie ciśnienie bez kawy.  
Bo szczęśliwym trzeba umieć być a życie nam tego często nie ułatwia. Bez żadnych scenariuszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz