Płakałam, tak cholernie płakałam jadąc
do domu. Staranny makijaż wykonywany przez poranne cenne 40 minut rozjechał się
w trzy sekundy. Patrzę przed siebie i
nie widzę nic tylko słyszę głosy ludzi w tramwaju i radio motorniczego, który
jest chyba fanem Dżemu i darł się, że w życiu są piękne tylko chwile. Jedyne,
na co było mnie wtedy stać to burknąć jasne
kurwa no chyba nie.
Standardowa wizyta u lekarza, która była
początkiem bezsensownej dla mnie bieganiny od punktu pobrań do lekarza, apteki
i tak w kółko. Kosmos. No dobra każą to
robię lepiej tak niż mieli by mnie olać.
Środa godzina 11:15 w pracy rozliczenie
jednym słowem urwanie dupy i zapieprz na wrotkach. Telefon, uprzejma pani z
recepcji zadzwoniła i poprosiła abym przyjechała do przychodni. Poinformowałam,
że nie mogę jestem w pracy?! Zaskoczona telefonem stwierdziłam, że chyba tylko
ja na tym świecie pracuje a inni mają czasu na pęczki. Pojechałam na spokojnie
w czwartek po pracy przecież nie umieram, bo by dzwonili z punktu pobrań. Przyjęta
ku mojemu zaskoczeniu poza kolejką, myślę no
to rewelacja, szybciej zjem obiad! Trzy minuty później
było po wszystkim. Jak do cholery rok, półtora?! Przecież ja się
świetnie czuję! Ponoć wyniki nie
kłamią, ponoć sprawdzali, ponoć dwa razy. Zastanawiam się czy ja śnię czy kogoś
tutaj pogięło?
Wysiadając na moim przystanku obojętnie
przechodzę na czerwonym słysząc klakson za plecami. Myślę tylko jak to mam
powiedzieć, jemu, rodzinie, w pracy W głowie jedna myśl jak mogłam nie
zauważyć, że coś jest nie tak? No dobra boli, boli przejdzie jejku gdybym miała
zwracać uwagę na każdy stuk puk to był musiała siedzieć wiecznie na zwolnieniu
lekarskim a na mieszkanie bym chyba żebrała pod jakimś topowym dyskontem.
Brałam tabsa raz ból ustępował raz nie. Wchodzę do mojej klatki i dziękuję temu
na górze, że mieszkam na czwartym piętrze, to daje mi czas na wymyślenie
jakiegoś kitu. Ok, dam radę. Dwa szybkie, co by dostać rumieńca i trochę
zdrowego rozsądku. Nie mogę mu tego tak wypalić. Wchodzę krzyczę lakoniczne hej! Wbiegłam do łazienki pod pretekstem potrzeby. Zimny
to jest coś, czego potrzebowałam a i czas zyskałam. Wychodząc miałam zaryczane oczy,
ale to tylko rzęsa, która się gdzieś zbłąkała. Łyknął. Mam więcej czasu.
Przyjaciel wie pierwszy. Otrzymałam
sromotną zjebkę połączoną z rykiem przez telefon, ponieważ mieszkamy w różnych
miastach niby 70 km, ale praca, rodzina, dzieci. Zupełnie nie mój klimat – do
wczoraj. Bo wiesz ja to wszystko mogę przeoczyć, nie zdążyć. Rozumiesz? Ale..
kurwa nie wiem. Nigdy nie chciałam jakoś mieć gromadkę ryczących dzieci. Moje
ambicje kończyły się na jedynaku i trzech kotach. Dzisiaj jednak wszystko
wygląda inaczej. Dopiero, co wygrzebałam się z bagna i wpadłam w drugie, ale z
tego nie ma wyjścia. Wszystko się zesrało, ambicje, kariera, biała suknia, on,
ja – WSZYSTKO.
Wieczorem oglądając firm zauważył, że
jestem nie obecna pytając, co się dzieje (kurczak nie mogę mu tego tak po
prostu powiedzieć) Kochanie, został nam
rok. Nie ma szans. Nie wytrzymał przyniósł wino, które tego wieczora
smakowało wyśmienicie.
Nie wiedziałam, co mam z nim zrobić, być
nie być. Napisać list i się wyprowadzić? To złamałoby mu serce, ale po kiego ma
je marnować dla kogoś, kto i tak prędzej czy później odejdzie? Tak wiem, każdy
terapeuta powie, że trzeba myśleć pozytywnie. Będę, ale jak zabezpieczę
bliskich.
Kilka
miesięcy.
Zostało mi pewnie kilka miesięcy,
choroba daje się w końcu we znaki ( już myślałam, że może to może jakaś ściema)
Wiesz, jest dobrze. Mam jego, rodzinę przyjaciół. Kotem się zajmie on, obiecał
mi to. Każdą chwilę spędzam za robieniu rzeczy zakazanych, bo chyba mam z tego
większą frajdę. Nie mam zamiaru marnować czasu, którego mam niewiele..
Chciałam tylko wyjaśnić, że nie umieram
i mam się dobrze. Warto jednak pokazać, co się dzieję wokół mnie i zapewne
każdego z nas. Jak bardzo się zmienia
nasze postrzegania świata i naszych priorytetów w obliczu tak trudnych
wyborów. Przykład jest skrajny, ale ma
nas poruszyć do myślenia nie tylko w kategoriach „Jezu, jaka biedna, co ona
teraz zrobi”, bo choroba to nie jedyny problem, któremu będzie musiał/a stawić
czoła.
Kiedyś z winy źle zinterpretowanych
wyników została mi podana dość powalająca diagnoza… niestety byłaby to choroba
zakaźna i pierwsza moja myśl biegła ku rodzinie, której nieświadomie mogłam
zrobić wielką krzywdę. Nie myślałam, jaka ja jestem biedna i śmiertelnie chora,
o tym się wtedy nie myśli. Myśli się o drugiej osobie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz