środa, 16 września 2015

Trzy minuty później


Płakałam, tak cholernie płakałam jadąc do domu. Staranny makijaż wykonywany przez poranne cenne 40 minut rozjechał się w trzy sekundy.  Patrzę przed siebie i nie widzę nic tylko słyszę głosy ludzi w tramwaju i radio motorniczego, który jest chyba fanem Dżemu i darł się, że w życiu są piękne tylko chwile. Jedyne, na co było mnie wtedy stać to burknąć jasne kurwa no chyba nie.
Standardowa wizyta u lekarza, która była początkiem bezsensownej dla mnie bieganiny od punktu pobrań do lekarza, apteki i tak w kółko. Kosmos. No dobra każą to robię lepiej tak niż mieli by mnie olać.
Środa godzina 11:15 w pracy rozliczenie jednym słowem urwanie dupy i zapieprz na wrotkach. Telefon, uprzejma pani z recepcji zadzwoniła i poprosiła abym przyjechała do przychodni. Poinformowałam, że nie mogę jestem w pracy?! Zaskoczona telefonem stwierdziłam, że chyba tylko ja na tym świecie pracuje a inni mają czasu na pęczki. Pojechałam na spokojnie w czwartek po pracy przecież nie umieram, bo by dzwonili z punktu pobrań. Przyjęta ku mojemu zaskoczeniu poza kolejką, myślę no to rewelacja, szybciej zjem obiad!  Trzy minuty później
było po wszystkim. Jak do cholery rok, półtora?! Przecież ja się świetnie czuję!  Ponoć wyniki nie kłamią, ponoć sprawdzali, ponoć dwa razy. Zastanawiam się czy ja śnię czy kogoś tutaj pogięło?
Wysiadając na moim przystanku obojętnie przechodzę na czerwonym słysząc klakson za plecami. Myślę tylko jak to mam powiedzieć, jemu, rodzinie, w pracy W głowie jedna myśl jak mogłam nie zauważyć, że coś jest nie tak? No dobra boli, boli przejdzie jejku gdybym miała zwracać uwagę na każdy stuk puk to był musiała siedzieć wiecznie na zwolnieniu lekarskim a na mieszkanie bym chyba żebrała pod jakimś topowym dyskontem. Brałam tabsa raz ból ustępował raz nie. Wchodzę do mojej klatki i dziękuję temu na górze, że mieszkam na czwartym piętrze, to daje mi czas na wymyślenie jakiegoś kitu. Ok, dam radę. Dwa szybkie, co by dostać rumieńca i trochę zdrowego rozsądku. Nie mogę mu tego tak wypalić. Wchodzę krzyczę lakoniczne hej!  Wbiegłam do łazienki pod pretekstem potrzeby. Zimny to jest coś, czego potrzebowałam a i czas zyskałam. Wychodząc miałam zaryczane oczy, ale to tylko rzęsa, która się gdzieś zbłąkała. Łyknął. Mam więcej czasu.
Przyjaciel wie pierwszy. Otrzymałam sromotną zjebkę połączoną z rykiem przez telefon, ponieważ mieszkamy w różnych miastach niby 70 km, ale praca, rodzina, dzieci. Zupełnie nie mój klimat – do wczoraj. Bo wiesz ja to wszystko mogę przeoczyć, nie zdążyć. Rozumiesz? Ale.. kurwa nie wiem. Nigdy nie chciałam jakoś mieć gromadkę ryczących dzieci. Moje ambicje kończyły się na jedynaku i trzech kotach. Dzisiaj jednak wszystko wygląda inaczej. Dopiero, co wygrzebałam się z bagna i wpadłam w drugie, ale z tego nie ma wyjścia. Wszystko się zesrało, ambicje, kariera, biała suknia, on, ja – WSZYSTKO.
Wieczorem oglądając firm zauważył, że jestem nie obecna pytając, co się dzieje (kurczak nie mogę mu tego tak po prostu powiedzieć) Kochanie, został nam rok. Nie ma szans. Nie wytrzymał przyniósł wino, które tego wieczora smakowało wyśmienicie.
Nie wiedziałam, co mam z nim zrobić, być nie być. Napisać list i się wyprowadzić? To złamałoby mu serce, ale po kiego ma je marnować dla kogoś, kto i tak prędzej czy później odejdzie? Tak wiem, każdy terapeuta powie, że trzeba myśleć pozytywnie. Będę, ale jak zabezpieczę bliskich.
Kilka miesięcy.
Zostało mi pewnie kilka miesięcy, choroba daje się w końcu we znaki ( już myślałam, że może to może jakaś ściema) Wiesz, jest dobrze. Mam jego, rodzinę przyjaciół. Kotem się zajmie on, obiecał mi to. Każdą chwilę spędzam za robieniu rzeczy zakazanych, bo chyba mam z tego większą frajdę. Nie mam zamiaru marnować czasu, którego mam niewiele..


Chciałam tylko wyjaśnić, że nie umieram i mam się dobrze. Warto jednak pokazać, co się dzieję wokół mnie i zapewne każdego z nas.  Jak bardzo się zmienia nasze postrzegania świata i naszych priorytetów w obliczu tak trudnych wyborów.  Przykład jest skrajny, ale ma nas poruszyć do myślenia nie tylko w kategoriach „Jezu, jaka biedna, co ona teraz zrobi”, bo choroba to nie jedyny problem, któremu będzie musiał/a stawić czoła.
Kiedyś z winy źle zinterpretowanych wyników została mi podana dość powalająca diagnoza… niestety byłaby to choroba zakaźna i pierwsza moja myśl biegła ku rodzinie, której nieświadomie mogłam zrobić wielką krzywdę. Nie myślałam, jaka ja jestem biedna i śmiertelnie chora, o tym się wtedy nie myśli. Myśli się o drugiej osobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz